Bezdzietni chcą adoptować dziecko, bo tęsknią za byciem rodzicami. Bezdzietnym mężczyznom nie jest dane pogadanie z brzuszkiem, bezdzietnym kobietom są zaoszczędzone bóle porodowe. Oboje tracą te wspólne wizyty na USG i oglądanie na monitorze, jak ich mała fasolka wierci się w wielkim kosmosie brzucha, jak dudni jej ledwo zawiązane serce. To tracą na zawsze. Chcą więc całą resztę, wszystko to, co przychodzi po porodzie, przeżyć osobiście. Te pieluszki, te kaszki z butelki, wzdęcia i herbatki z koperku, te soczki, przecierane zupki, ząbkowanie i związane z tym nieprzespane noce. To jest ich tęsknota i nie można ich za to ganić. Czekają więc, w Ośrodkach Adopcyjnych, w kilometrowych kolejkach, na niemowlę wolne prawnie, które mogą zabrać do domu, w którym już czeka łóżeczko, wanienka, pampersy, koperek i mikser do zup. A lata lecą i im jesteśmy starsi, tym mniejsze mamy szanse na maleństwo.
A teraz o drugim uczuciu: o strachu. Co z niego wyrośnie? Na ile my, adopcyjni, jesteśmy w stanie wychować na dobrego człowieka istotkę, która genetycznie nie ma z nami nic wspólnego? Mamy nadzieję, że skoro mamy je od prawie zera, skoro nie doświadczyło w swoim życiu krzywd, to mamy większe szanse ulepić je na swój kształt i podobieństwo. Wydaje nam się, że im mniejsze jest dziecko, tym większą mamy na to szanse. I tu nareszcie pojawia się prawidłowe myślenie. Zaczynamy myśleć o dziecku, a nie o sobie. To o dziecko chodzi, a nie o nas. My już przecież jesteśmy porządni! Jak się do tej prawdy dotrze, wiek dziecka przestaje mieć znaczenie. Tęsknota za byciem rodzicami zamienia się w pragnienie bycia takimi rodzicami, którzy dają szansę dziecku na dobre życie. Dziecku, po które nie ustawia się kolejka, bo chodzi do szkoły, ma swoją przeszłość i pamięta, co je spotkało. Dziecku, które tak łatwo nie zaufa dorosłym, bo już nieraz zostało oszukane. Dziecku, które nauczyło się jak przetrwać w złym świecie. A metody na przetrwanie zwykle nie są dobrymi patentami życiowymi.
Myśląc o adopcji dużego dziecka, bardziej się boimy niż tęsknimy. Ale nadal są to te same dwa uczucia, tyle, że w innej kolejności. Strach i tęsknota. Nie chcieliśmy z mężem niemowlaka, bo wiedzieliśmy, że jest kolejka chętnych, że się na pewno w domu dziecka nie zmarnuje. Trafił nam się za pierwszym razem synek kilkunastomiesięczny, więc na pampersy i ząbkowanie i tak się załapaliśmy. Po trzech latach adoptowaliśmy drugie dziecko, prawie pięcioletnie. A po kolejnych trzech, jedenastolatkę. Dziś, gdy nas ktoś pyta, ?dlaczego tak??, odpowiadamy żartem: Pierwsze wzięliśmy dla siebie, żeby być rodzicami. Drugie dla tego pierwszego, żeby nie było jedynakiem. Trzecie dla niego samego. My przecież już byliśmy w komplecie, już swoje tęsknoty i swoje strachy mieliśmy uporządkowane. Dziś nie mamy wątpliwości. Adopcja dużego dziecka jest dobra. Wiemy, bo doświadczyliśmy.
Jolanta Krysowata
www.krysowata.pl